czwartek, 26 kwietnia 2012

smęty...

Dla uchów.

Hello Hello
I bring you letters from the man you used to know
Give in let go
To the words that made you feel you weren't alone

And now it's funny how we find out
Time can solve the mystery
But love is only temporary

Hello Hello
The smile your face is just for show
Inside you're screaming let me go

Hello Hello
Loneliness doesn't make a sound
'Til I head back underground

Hello Hello
I bring you pictures from the man you used to know
Give in let go
To the images that made you feel at home

And now it's funny how we find out
How age can change a man
Confused but now I understand

Hello Hello
Your swimming faster then you know
But you can't fight the undertoe

Hello Hello
Loneliness doesn't make a sound
"Til I head back underground

And now it's funny how we find out
Time can solve the mystery
But is Love is only

Hello Hello
The smile on your face is just for show
Inside your screaming let me go

Hello Hello
You're swimming faster then you know
But you can't fight the undertow

Hello Hello
The smile of your face is just for show
Inside your screaming let me go

Hello Hello...
Maybe I'll just say goodbye





Czuję, że wszystko się sypie...


sobota, 21 kwietnia 2012

słodka hipokryzja...

Ciągle się na tym łapię.
Chciałabym wiedzieć jaka jestem i czego chce. Być konsekwentna, asertywna, podążać za moimi ideałami...
STOP. Jakie są moje ideały? Wiem jakie powinny być, jakie były wcześniej, a teraz zmiksowana papka resztek jednego i drugiego, które mi siedzą gdzieś w płacie czołowym  przemieszczają się z prawej na lewo, powodując prze najróżniejsze zawirowania w moim światopoglądzie, którego w związku z tym praktycznie nie ma.
Słodko.

wtorek, 10 kwietnia 2012

wspomnienia...

piosenka natchniuszka.
Kocham tę piosenkę. Ale nie to wykonanie.
.
Zabrali mi gitarę, zbytnio się tym nie przejęłam, grałam dalej w karty. Ale w pewnym momencie on dopadł gitarę. I zaczął grać tę piosenkę. Cały świat dookoła znikną.
Zniknął, dlatego, że w jego oczach było wszystko. Miłość, przyjaźń, strach, namiętność, wspomnienia, upojenie, żal, euforia, anhedonia, otępienie, zawiedzenie, głębia. Były to przećpane oczy rażące mądrością, tam był cały świat, ten dobry i ten zły. tam byli ludzie. prze najróżniejsi. tam był Bóg, ale też go tam nie było. Tam było całe jego życie wraz ze wszystkimi upadkami i wzlotami. Tam było upojenie alkoholowe, narkotykowe, seksualne i upojenie prawdziwym szczęściem. tam była nadzieja i depresyjne wyobrażenie świata. Tam było pożądanie i odraza. Było przerażenie i  nadzwyczajna pewność siebie. Tam była piękna muzyka
Dlatego, że wiedział, o czym śpiewa. Wiedział aż za dobrze.

środa, 7 marca 2012

Nadprzeciętnie żywa.

Dzisiejszy dzień był inny. Bez gwaru szkolnego korytarza. Bez ludzi, których muszę znosić, mimo że gdybyśmy mogli wyemigrowalibyśmy na inne planety lub nawet galaktyki. Bez sprawdzianowo-kartkówkowego stresu. Bez żadnego stresu. Był to dzień wyspany. Dzień z muzyką. Z gitarą. Dzień odnowienia cenny znajomości. Dzień wspomnień.
Wybrałam się w podróż. Nie była to podróż w nieznane. Nic z tych rzeczy. Była to podróż szlakiem mojego nieprzeciętnego a zarazem bardzo przeciętnego dziecięcego szczęścia.
Wracałam do domu. Było mi zimno, niewygodnie, głodnie i koniecznie musiałam skorzystać z ubikacji. Ale nie wracałam tą drogą co zawsze. Za sprawą dawnego przyjaciela poszłam całkiem okrężną i dawnonieuczęszczaną trasą.
Widać moje guru ma rację. Chodzenie innymi drogami pobudza kreatywność. Bo nagle ogarnęła mnie niepohamowana chęć pójścia jeszcze dalej. Do najbardziej tajemniczego i niezbadanego miejsca, w którym moja dziecięca wyobraźnia umieszczała najrozmaitsze sceny z piekła rodem.
Nazywaliśmy to miejsce 'bagna'.
W rzeczywistości jest to mała dolinka porośnięta drzewami przez co zawsze gromadziło się tam mnóstwo wody. Ale wtedy było to wielki las. Las tak wielki, że nikt nie wiedział do końca gdzie się kończy i czy w ogóle się kończy. Podobno za lasem była już następna miejscowość. Nikt wtedy nie wiedział, ze to zaledwie 200m. Bagna były tak niebezpiecznym miejscem, że tylko najwięksi śmiałkowie zapuszczali się w te okolice. W końcu rodzice przestrzegali nas o dzikich zwierzętach żyjących na tych mokradłach. I to była prawda. Nie raz widziałam tam bażanty, kuropatwy, sarny, zające i inne niesklasyfikowane obiekty chadzające między drzewami. Również dziś.
Podczas mojego spaceru moje ukochane conversy brodziły w błocie. Mimo że nigdzie indziej ono dzisiaj nie występuje bagna zawsze są nim pokryte. od samego początku.
Zza lasu wyłaniało się niebo. Przystąpiłam do szybkiej kalkulacji kolorów, które występują na sklepieniu. Dlaczego już mam tego nie robić? Że niby już dorosłam tak? gówno prawda. Nie potrafię przyjąć do siebie tego, że już nic nie będzie takie samo. Kolejna hipokryzja. Ale kolory... Cóż... Przy trzydziestu się zgubiłam... Korony drzew drgały na wietrze, ptaki śpiewały piosenki o wakacjach, ziemia pokryta była wodą i kaczeńcami tak, że żółć raziła po oczach. było też jezioro. Tak tajemnicze i niezbadane jak zawsze. Słychać było krzyk dzieci. Radosny krzyk. ostrzegały się nawzajem. Idź po korzeniach! Bo się utopisz! rzucały styropian na wodę, żeby dryfować w głąb jeziora, ale zaraz potem wracały. Była też dziewczynka w warkoczach. w rękach trzymała lornetkę. Próbowała wypatrzeć sarny. Takie jak te z 'bambie'. wtedy przybiegł rudy chłopczyk z workiem butelek. Dzieci zebrały się razem i poszły nad oczko. Tam stało duże drzewo. Ale to byłoby za proste. Usiąść pod drzewem? nie. Przecież trzypiętrowy luksusowy domek na drzewie tylko czeka, żeby go odwiedzić. Dzieci rozgościły się w środku. po kolei otwierały butelki na gwoździu wbitym w drzewo i z rozkoszą popijały oranżadę.
Były szczęśliwe. Śpiewały piosenki i snuły marzenia o karierze zespołu rockowego. Piękne.
Przeszłam bokiem, żeby im nie przeszkadzać. spojrzałam tylko jeszcze na palenisko. kawałek bagien zasypany piaskiem z piaskownicy, ogrodzony kamieniami, wyłożony patykami i gazetami. Palił się jasnym ogniem wiecznej przyjaźni.



-Patrz Mietek. Jakaś panna w kapeluszu łazi sama po mokradłach. I śpiewa. Weź chodź szybko. Ona coś do kogoś mówi. Stoi koło tego dużego drzewa i coś gada. Może do tej stery starych butelek po oranżadzie, opakowaniach po żelkach, czipsach i innym syfie? hahaha. Do zapruchniałych belek i starej kanapy? hahaha
-Ty, a to nie jest ta smarkula, co oni tu kiedyś domek na drzewie mieli??
-Weź mi nie mów o tych dzieciach! Nareszcie nikt tu nie chodzi i można posiedzieć spokojnie w ogródku.

Dzieci?! My nie byliśmy dziećmi. Wracaliśmy do domu po ciemku! Ryzykowaliśmy życie dla naszego wspólnego dobra. Naszej bazy. Nie było telefonów i fejsa i wszyscy zawsze byli tam. Zawsze była butelka oranżady i opakowanie czipsów. butelki i opakowania dalej tam są.  Ale to był nasz dom. Tam miało początek wszystko. Szkoda tylko, że mimo że to miejsce ma taki oddźwięk w mojej psychice, przyjaciele rozprysnęli się po portalach społecznościowych i mimo że wszyscy są wciąż dostępni, nie możemy z sobą porozmawiać tak jak kiedyś.
Dzieci, które się tam bawiły mogły. Rozmawiałam z nimi. Podobno wszystko ma jeszcze być dobrze.
Dla uchów.

niedziela, 26 lutego 2012

KSU zaliczone :*

Czy ktoś mi pomoże?
Mój kręgosłup wykonał obrót o 180' zarówno w pionie jak i w poziomie, obszary w moim mózgu zostały potasowane przez profesjonalnego pokerzystę zwanego Wielki Pogo i aktualnie mogę patrzeć nosem, wąchać uszami i jeść oczami. Natomiast nie wiem jaką częścią ciała słyszę, ale to jest wciąż jeden pisk, także koncert bł udany. Zapewne inne obszary mojego mózgu także uległy przemieszczeniu po tak nieszczęsnym upadku. Zapewne znaczna jego część spłynęła do barków i teraz próbuje się z tamtąd wydostać, jednocześnie przyprawiając mnie o niesamowity ból. Rodzę plecami. Nikt nigdy nie mówił, że będę normalna. :)
Idę po aspirynę.

Dla uchów.

poniedziałek, 13 lutego 2012

Walentynki, walentynki, walentynki....

Nie wierzę, nie wierzę, nie wierzę.
Wszystko jest takie dziwne.
Wszystko jest inne.
Wszystko się zmieniło.
A miało być zawsze takie samo.
Wieczny singiel.
Na zawsze.
Forever.
I co?
I jest inaczej.
Pierwsze walentynki, które coś dla mnie znaczą.
Nie liczę tych z podstawówki.
Na to szkoda marnować nawet skrawka internetu.
Porażka.
Ale te...
Boże.
Nie wierzę.


Ale w sumie.
Dużo się nie zmieniło.

Nie.
Jednak dużo.

sobota, 11 lutego 2012

Shit. Deep shit.

Tak. Dzisiaj musiałam wybierać. Musiałam wybierać pomiędzy złem i gorszym złem. Ale nie wiadomo któro to któro....
Musiałam wybierać pomiędzy zranieniem człowieka, na którym mi tak zależy, który by takiego ciosu nie przeżył, a wiecznym życiem w hipokryzji i pozornym szczęściu - dla dobra drugiego. Co też jest u mnie hipokryzją.

No i co robić.
W sumie to chyba i tak jestem hipokrytką. Cały mój świat wypełniam zasadami i światopoglądami, które są mi w danym momencie na rękę. Nie muszą się zgadzać ze mną. Muszą być wygodne. I są. Ale do czasu.
Potem coś się zmienia. Bo zawsze się zmienia. A ja zostaję przecząc sama sobie i nie umiem temu pomóc. Pogrążam się w kłamliwym świecie mojej podświadomości zamiast cieszyć się tym wspaniałym czasem, uczuciem, szansą. I wszystkim.
Dla uchów.