piątek, 30 grudnia 2011

My destination...

Uważam, że najważniejsze w życiu jest to, żeby do czegoś dążyć. Żeby nie stać w miejscu. No bo nie można nic osiągnąć, gówno robiąc. Musimy dawać z siebie 100% i wtedy mamy świadomość, że zrobiliśmy wszystko. Że lepiej się nie dało. I nawet jeżeli cel nie został osiągnięty, to nie nasza wina. My możemy być z siebie dumni.
Nie wiem czy ubrałam moją myśl w dobre słowa. Polecam bardzo film 'Siła spokoju' dokładnie o to mi chodzi.
Że ważniejsze jest zawzięcie i dążenie niż sam cel.
To tak jak z kostką rubika. Jest ciekawa i fascynująca, kiedy jeszcze jej nie znamy, kiedy próbujemy. Odkrywamy nowe sztuczki i tak dalej. Kiedy już ją całą obczaimy i pojmiemy nie możemy zrobić nic więcej. Nie możemy jej odkrywać całe życie. To jest jeden moment. A potem zostaje satysfakcja. I pamięć ile frajdy nam dała, kiedy ją 'pojmowaliśmy'.
No niech mnie coś zje jak nie mam racjiiiidfjdijhldfkhgmdlfshsgdgs/

pamiętniczek ;pp

Budzę się dzisiaj o 12:30 z myślą 'kurwa, zaspałam! w sumie nie ma na co, ale ojciec i tak się będzie strzępił... Nie wie, o której poszłam spać...'
Ale wstaję, ogarniam się i napotkam tatę 'No to się dzisiaj wyspałaś już za sylwestra chyba... hehehe'
Przytakujący uśmiech z mojej strony i wracam do pokoju. Odpalam komputer, włączam muzykę i siadam.
I tak siedzę. Ja i czarna kawa. Siedzimy. Burdel w pokoju. Burdel w kuchni. Burdel w komputerze. Burdel w głowie. Miałam tyle czasu. Tyle sobie zaplanowałam. I co? I chuj. Siedzę tak samo nieogarnięta jak w czwartek wieczorem. Tydzień temu. Całe wolne minęło i co? Dzisiaj wszystkiego nie nadrobię. Szkoda się brać za cokolwiek.
Idę spać.

Dla uchów.

czwartek, 29 grudnia 2011

dziwny telefon...

turururu tururu turururu <odebrała>
Ej, Julka, ważna sprawa!
Ale czego dzwonisz z zastrzeżonego??
no nie ważne. Słuchaj, Musisz mi odpowiedzieć na jedno ważne pytanie.
jak takie ważnie, to czego przez telefon??
No nie ważne, słuchaj. Ale odpowiadaj spokojnie, ok?
no ok
no to odpowiedz
nie zadałeś pytania...
o kurwa. racja.
noooo tooo
no to słuchaj.
słucham już chwilę
Julka. Jaki masz rozmiar stanika?
piii pii piiii

Będzie bez tytułu...

Dzisiaj odkryłam, że jestem dość impulsywna. Albo chociaż bardziej niż mi się wydawało...
Otóż: obudziłam się dzisiaj rano z myślą, że fajnie by było zrobić sobie dodatkowego kolczyka.
I strzeliłam sobie dwa u góry ucha. Lewego! :P
Tak patrząc na to z perspektyw dnia, to sama siebie zaskoczyłam...
Apropos zaskakiwania siebie.
Chyba każdy robi czasem coś spontanicznego. Coś nieoczekiwanego. Tak, że właśnie sam siebie zaskakuje. To jest dziwne. To dziwne, że czasem sami nie potrafimy siebie przewidzieć... Przecież przewiduje się rzeczy nam znane i dla nas oczywiste. Nieznanych nie da się przewidzieć. Dlatego właśnie prognozę pogody przewidują synoptycy, sytuacje budżetowe ekonomiści, działania wojskowe stratedzy itd.
Czyli to by znaczyło, że sami siebie nie znamy??

wtorek, 27 grudnia 2011

Czasem.

Czasami mam ochotę uciec.
Ale nie tak, że wyjdę z domu z plecaczkiem z majtkami, swetrem, nieznaczną ilością pieniędzy i tamponami, a resztę życia spędzić na jakimś obskurnym dworcu.
Chcę wyjść z domu z telefonem i słuchawkami. Nic nie słyszeć poza muzyką. Pobiec. Nie ważne gdzie. Chcę biec ile się da. Jak najdalej. W nieznane. Zgubić się i biec dalej. Nie pytać o drogę. Biec do utraty tchu. Chcę zesłabnąć lub nawet zemdleć. Stracić przytomność. Obudzić się w szpitalu otoczona ludźmi, dla których coś znaczę. Przypomnieć o sobie.
I żeby chociaż przez chwilę coś było inaczej.
Inaczej.
Potem mi przechodzi.


sobota, 24 grudnia 2011

Miłość nie istnieje, ale za to jest matematyka.....

NIE UMIEM SIĘ ZAKOCHAĆ
Nie umiem i basta.Nie daję rady.Ale wiem, skąd to się wzięło....
Otóż dziewczyna, która ma/miała  w młodości słaby kontakt z ojcem, nie zaznała tak na prawdę, co to miłość damsko-męska.  Ona szybciej poczuje instynkt macierzyński niż prawdziwą miłość do chłopaka.
Ona może albo się zakochiwać co chwila w pierwszym lepszym bez pamięci, albo mieć całkowite trudności ze znalezieniem uczucia. Bo go nie zna. Rzadko układa się jej w związkach.
Pierwszą opcję przeżyłam w podstawówce. Straszne czasy. Drugie 'albo' przeżywam teraz. W gimnazjum.
Było tyle możliwości. Tyle chłopaków. Tyle 'chyba-miłości'.
I co? Zawsze są za i przeciw. Ale ja nie umiałam dostrzec tych 'za'. Było tylko mało czasu. 'nie potrzebuję tego', Mój brak wrażliwości i romantyzmu. Byli też przyjaciele i ten konflikt. Koledzy, czy chłopak. I były przykre doświadczenia.... Były i są.
No bo chłopak to to samo co przyjaciel, tylko, że można się z kimś przelizać, a czasem nawet nie ma w nim tego przyjaciela. Tak myślałam.
I jest następny 'dylemat'. Nie chcę robić komuś nadziei, a potem odchodzić bez uczucia jak taka zimna suka. Znowu. Nie chcę krzywdzić ludzi, na których mi zależy, tylko dlatego, że nie się nie odnajduję w związkach. Nie chcę.
I teraz pytanie: Ryzykować?????

Nie wiem, czy ten post coś zmieni, ale musiałam to napisać i poukładać. A w moim wieku i tak nie ma co szukać partnera na całe życie. 'trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać'

Dla uchów.

o niczym :))

Genialna myśl z wczorajszego wieczora:

Chomiki nie szczekają!

Tak. Napiszę o tym pracę magisterską....

Super radio znalazłam to tu.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Wiara?????

Tak po ostatnich rozkminach napada mnie pewna myśl, nie wiem, czy trafna, ale doskonale oddaje moje nastawienie:
CHUJ MNIE OBCHODZI, CZY BÓG ISTNIEJE!!!
No bo na prawdę nie zależy mi, czy wierzę w jednorożca, który w rzeczywistości jest osłem z tekturową rurką, czy jest to faktycznie coś niesamowitego, niepojętego i nieskończenie miłosiernego.
To jest nie ważne.
Ważne jest to, że ta wiara mnie napędza, nadaje sens życiu i dzięki niej doznaję szczęścia, jakiego nie doznawałam nigdy wcześniej. Jedynego, prawdziwego, najmocniejszego.
I nie jest ważne, czy to jest po prostu sekta, która otępia rozum, daje pozory i prowadzi do zagłady, czy jest to faktycznie prawdziwa i jedyna droga do zbawienia i wiecznego szczęścia.

Nie ważne. Ważne jest to, że z wiarą, każda trudna chwila jest prosta, wyjście z sytuacji znajduje się zawsze, prędzej, czy później, jeżeli tylko zawierzysz się Jezusowi. Znajdujesz szczęście w każdym najmniejszym dobrym słowie, uczynku, widoku. Cieszysz się życiem!!

Nie nie ważne,  czy jestem za tępa, żeby zobaczyć, czy to jest atrapa i gówno będę z tego mieć. Powiesz mi 'carpe diem' a ja powiem, że u mnie wygląda to tak. Jeżeli jestem za głupia, żeby zobaczyć, że wiara to sterta bzdur, to ja nie chce zmądrzeć. Chce żyć w tej nieświadomości, bo jestem z nią szczęśliwa. A wiara jest też przepisem na życie.

Swoją drogą.... Zawsze myślałam, że trudno mi będzie mówić o Jezusie. O wierze. Trudniej. Ale jednak nie. Słowa same cisną się na klawiaturę.

Dla uchów.
Czytam, czytam, czytam.... Zaczynam czytać. I chyba zaczynam rozumieć czego ludzie tak chwalę te malutkie rozwarstwione przedmioty. Nowe pachną tuszem, stare stęchlizną, ale wszystkie są niesamowite i intrygujące. Ale trzeba być dość wrażliwym, żeby tę ich intrygę wyczuć. Tej wrażliwości mi brakuje... Zawsze brakowało mi wrażliwości. Nie tylko w tej kwestii. Ubolewam nad tym. Ale co z tego, jak nie potrafię nic z tym zrobić? Jestem chamska, wulgarna, interesowna, egoistyczna i jeszcze wiele innych. I jestem tego świadoma. Jestem. Ale to nic nie zmienia.

Wracając do książek. Zaczynam odkrywać tę magię siedzącą pomiędzy malutkimi znaczkami, które w większej ilości potrafią oddać piękno świata, atmosferę miejsca i jego obraz oraz  niezapomniane emocje wydarzeń, niekoniecznie prawdziwych. A jak możemy odczuwać coś czego nie ma???
Nie jestem w stanie tego pojąć, ale może jestem w stanie to polubić?

Dziękuję wszystkim osobom, które starają się mnie edukować w tym kierunku.
Aczkolwiek nie nadążę z czytaniem tych wszystkich książek jakie mi podrzucacie. ://
Mama, Tata, Adam, Wojtek, Ania, Dominik, Monika, Dawid, Piotr, Asia, dzięki.

Dla uchów. Cały dzień mi to wędruje po głowie... Nawet słyszałam to w prymitywnej muzyczce z aerobiku...  :))

niedziela, 4 grudnia 2011

Nie umiem wymyślać chwytliwych tytułów, sorry...

Ej, ogólnie to nie lubię dużo z kimś rozmawiać przez gg czy facebooka. Albo cokolwiek innego. Tak już mam i się do tego przyzwyczaiłam. Ale zaczęło mnie zastanawiać, dlaczego tyle ludzi do mnie pisze, a mi się nie chce odpisywać i ogólnie utrzymywać kontaktu....
Otóż uważam,  że znajomości przez internet, czy nawet podtrzymywane przez internet są całkowicie przereklamowane...
No bo mając przed sobą jedynie pusty ekran komunikatora, możemy go zapełnić, czym tylko chcemy, nie myślimy co ta osoba o nas pomyśli, nie widzimy jej, jej reakcji, czasem podświadomie zachowujemy się tak, jak byśmy się nigdy nie zachowali na żywo. Odważamy się na dużo więcej. Może się już nigdy nie zobaczymy....
Kolejna  kwestia to emotikonki. Nieszczęśliwe emotikonki. Przecież one często wyrażają coś innego niż się nam wdaje, ludzie różnie je widzą.... Ja b. lubię pisać ;p. Jest szybko, pod rękom, ale przecież na żywo nie wystawiam o chwila języka i mrugam jak opętana. Mam nadzieję....

Dużo piszę z kolegami,(wolę pisać z kolegami niż koleżankami, zawsze wolałam kolegów.Sorry dziewczyny...) często się długo nie widzimy. I widzę, że rozmawiamy jak nigdy byśmy nie rozmawiali na żywo. Sorki, ale co moment padają erotyczne propozycje, których nigdy nie było. I to nie jest od jednego chłopaka. Nie ogarniam tego trochę. Przecież nie będziesz mnie macał przez GG!! Jak już to może by tak na żywo, co?!
'Robię certyfikat ratownika, jak by co to mogę Ci zrobić usta-usta' , 'A jaki masz stanik na sobie?' I mam ochotę napisać: 'o taki patrz.' Ale tego nie robię. Na żywo bym tak powiedziała, bo nie miałabym czasu się wycofać, skasować i odejść od tematu.
Też się zachowuję nienaturalnie. A nie chcę zniekształcenia mojej osoby w oczach innych.
I teraz coś podesłane wraz z niestosowną propozycją: Dla uchów.

sobota, 3 grudnia 2011

Rio de Janeiro, marzenia są też planami...

Al pecho lleva uma cruz. Y en mi corazón lo que dice Jesús.

Brazylia 2013!! Nie wiem, jak wytrzymam, odliczam dni, czytam, chyba zacznę się uczyć portugalskiego...
Jest na tyle podobne do hiszpańskiego, że chyba łatwo mi pójdzie...
Nie wiem. Czekam. Nie mogę!. Ale czekam.
RIO DE JANEIRO!

Artyzm srartyzm

Kiedy widzę tych wszystkich ludzi... z niezliczoną ilością oryginalnych pomysłów na każdą sekundę życia, każde słowo, minę, gest i wygląd, czuję się po prostu nudna.
Ja nie miałam życiowych rozkmin w wieku 6 lat. Nie zakochałam się w książce o tak trudnej problematyce mając 12 lat, dalej nie potrafię się zakochać w książce, mogę ją co najwyżej polubić...
Nie mam umysłowości artystycznej, chodź bym nie wiem jak chciała, mogę być co najwyżej kreatywna.
Mam umysł ścisły i tego nie zmienię, chyba, że go sobie przeszczepię, ale wtedy już nie będę to ja.
 Jestem pedantką i lubię sobie czasem jebnąć deltę. AO.
Muszę mieć wszystko czarno na białym. Inne kolory nie wchodzą w grę. Białe na czarnym też nie może być.
Biały jest kolorem przejrzystym. Czarny jest akcentem, głębią, nieznanym, jest też konkretem. jest swoją przeciwnością, subtelnym całusem i ostrym biczem z pitt bulla.
i tak: muszę mieć to czarne na białym - małe szlaczki, wydarzenia, akcje, zagadki na białym przejrzystym kawałku papieru. Na oczywistości. Wydarzenia są w czasie i miejscu. Zawsze. I zawsze białym. Oczywistym. Świat musi być biały. Oczywisty, doszczętnie zanalizowany.
Nie istnieje opcja białe na czarnym bo to by była mała cząstka oczywistości w świecie pełnym zagadek. Tak nie może być. Wszystko musi być wiadome. Dlatego właśnie mój mózg posiada taki defekt, że kiedy ta moja biała karta zostaje zapisana czarnym atramentem, on zamienia się w wielką gumkę do mazania z niepohamowaną chęcią wymazania wszystkiego zagadkowego i zamienienie tego na białą oczywistość, czasem nawet robi to naprzód, wtedy mnie naprawdę wnerwia, bo życie traci smak, dreszczyk emocji, bo inaczej nie mogło być...
Zakazane jest wprowadzanie innych kolorów.
Coś jest wiadome albo nie.
 Światem rządzą sprzeczności.
Nie ma kolorów pośrednich.
Nie dopuszczam ich, tak jak nie dopuszczam kompromisów.
Kompromis - jedno z trzech możliwych wyjść z sytuacji, dwa pozostałe to ustąpić lub nie dać się. Wtedy jedna strona jest niezadowolona, a druga postawiła n swoim. Kompromis jest niezadowoleniem obu stron. Więc co to za rozwiązanie?

Kompromis jest kolorem różowym. Taki piękny a ja go nienawidzę. Nie dopuszczam do mojego świata. Mój świat jest czarno-biały. Ale wole taki niż w kolorze gówna. Mój świat nie będzie zasrany.

środa, 30 listopada 2011

Cześć! Jestem Zosia..., yyy, znaczy Marcin!!

Zmiana płci? Serio?
Kto to kurwa wymyślił?!
Sorry, ale jak ktoś się nie poczuwa kobietą/mężczyzną mimo, że nim/nią jest, to sorry, ale tu nie zabieg, operacja, czy inne takie, ale terapia potrzebna. Jest to zaburzenie psychiczne, a nie yyyy no właściwie nawet nie wiem, za co innego można to uważać.

A debilny pomysł o możliwości wybierania płci dziecka? Przecież będziesz kochać dziecko, mimo że będzie to dziewczynka, mimo że będzie to chłopiec, bo jest Twoje, jedyne, ukochane.
Nie wspominam już o tym, że obecnie operacje, zabiegi na genetyce nie są jeszcze tak dobrze rozwinięte i na 100% dziecko będzie miało jakiś defekt! Czy tego chcemy dla naszego potomstwa?

No to o co chodzi w tym wszystkim?
Chodzi o to, aby człowiek zasiadł na miejscu Pana Boga, żeby mógł decydować o życiu, podejmować decyzje, które do niego nie należą, które należą do kogoś ponad gatunkiem ludzkim lub po prostu do ślepego losu. Chce mieć kontrole nad wszystkim i wszystkimi, CAŁYM ŚWIATEM. ale czy człowiek jest na tyle mądry, aby tym całym światem kierować i prowadzić go w dobrym kierunku? Czy jest w stanie przewidywać bezbłędnie następstwa naszych czynów? I czy jesteśmy w stanie wziąć za nie odpowiedzialność? No aż tak doskonali nie jesteśmy...


Dla uchów no. 1        Dla uchów no. 2

poniedziałek, 28 listopada 2011

Są ludzie, którzy po prostu umieją mówić.
Mogą mówić o czymkolwiek i zawładnąć całym światem. 
A może nawet cała Europą...

wprostproporcjonalność cech człowieczych?

Ej, ogólnie to zauważam pewną zależność....
Tak.
Jest to mianowicie to, że każdy kto jest mądry, posiada pewne odchyły, jest ich świadom, jest przez to oryginalny i rozpoznawalny.
Ta wprostproporcjonalność polega na tym, że człowiek mądry ma poukładanie w głowie i rozumie, że za sprawą pewnych patologii i nie poddawaniu się całkowicie wpływom ludzkim, tj. trendy, presja otoczenia, prasa, zostanie sobą i nie popędzi ku zagładzie wraz z całym zatopionym sztucznością świecie.
Jakby to powiedział mój 'ulubiony' nauczyciel: NIE BĄDŹMY CYBORGAMI! Ale trzeba przyznać, że trochę racji ma...
no bo człowiek oryginalny, nie będzie ślepo podążał za modą i wyśmieje projektanta, który sobie wymyśli toples zimą albo grube futro na pustyni w samo południe, bo się słońce fajnie odbija...
Nie zatopi się bez pamięci w książkach o wampirach i wilkołakach, pozostawiając na boku wszystkie inne jakże piękne tematy twórcze.
I ostatnie, osoba mądra, to taka, która potrafi się odnaleźć w otoczeniu i jednocześnie pozostać sobą, potrafi znaleźć trafne argumenty, przekonać człowieka, zainspirować, wzbudzić podziw... I to wszystko dzięki tej oryginalności.

A więc zainspirowana nauczycielem fizyki i dzisiejsza lekcją wysuwam następujące wnioski:
 
 oryginalność       ~const.
   mądrość

Tak.

Dla uchów. Metal jest jak poezja śpiewana. Nie jest jak. On nią faktycznie jest. Co prawda jest to ostrzejsza wersja, ale również z pięknym tekstem, melodyjności..., solówką i  wstawkami perkusji (sprawka drugiego pedała w perkusjach zespołów metalowych). A czy osoby lubiące mocniejsze dźwięki nie mają prawa do niebanalnych tekstów? 


Jeszcze dodam, że metale mają często bardzo złożony charakter i są to faktycznie ludzie interesujący i oryginalni...

niedziela, 27 listopada 2011


Rozkmin zawsze dostarczają tylko wyjątkowi ludzie.



Przy winie
Spojrzał, dodał mi urody,
a ja wzięłam ją jak swoją.
Szczęśliwa, połknęłam gwiazdę.

Pozwoliłam się wymyślić
na podobieństwo odbicia
w jego oczach. Tańczę, tańczę
w zatrzęsieniu nagłych skrzydeł.

Stół jest stołem, wino winem
w kieliszku, co jest kieliszkiem
i stoi stojąc na stole.
A ja jestem urojona,
urojona nie do wiary,
urojona aż do krwi.

Mówię mu, co chce : o mrówkach
umierających z miłości
pod gwiazdozbiorem dmuchawca.
Przysięgam, że biała róża,
pokropiona winem, śpiewa.

Śmieję się, przechylam głowę
ostrożnie, jakbym sprawdzała
wynalazek. Tańczę, tańczę
w zdumionej skórze, w objęciu,
które mnie stwarza.
Ewa z żebra, Venus z piany,
Minerwa z głowy Jowisza
były bardziej rzeczywiste.

Kiedy on nie patrzy na mnie,
szukam swojego odbicia
na ścianie. I widzę tylko
gwóźdż, z którego zdjęto obraz. 

po prostu njebede!

 Tak ogólnie, to zauważam, że każdy, absolutnie każdy, ma wymyśloną dla siebie jakąś wymówkę. Zawsze. Taką wymówkę, której zazwyczaj nie jesteśmy świadomi. Która tłumaczy chamstwo znajomych, uprzejmość nie znajomych, dziwne spojrzenia przechodniów na chodniku, paradoks losu i definiuje nas samych.
Jak tak zaczęłam o tym myśleć, to widzę, że każdy kto szuka jakiejś odpowiedzi, niekoniecznie trafnej, szuka właśnie takiej wymówki, ją znajduje. I wciela ją w życie samemu tego nie zauważając.
Zaczęło się od mojej koleżanki. Nurtowało mnie straszliwie, dlaczego ona nie chce uwierzyć, że jest ładna. Piękna jest. Ona nie potrafi rozstać się z myślą, że jest po prostu grubym paszczurem.
I znalazłam! Ona się zawsze tym tłumaczy.
-widziałaś jak się patrzył?
-nooo, wyglądam masakrycznie!
albo
-Ale był dla Ciebie wyjątkowo miły!
-Tak, pewnie mu żal takiej brzydoty.

I takiemu nie przetłumaczysz!!!

Człowiek nie chce się rozstać z takim przekonaniem z powodów oczywistych. Mamy już gotową odpowiedź na każde życiowe pytanie, jesteśmy przekonani, że to prawda, i dobrze jest tą prawdę znać i być jej świadomym. Ale tak na prawdę, to ta prawda (gówno prawda) nas zabija, zatruwa, ogranicza i zamęcza.

Ja też mam taką wymówkę. Jestem dziwna. Po prostu. Nie zmienię się. Zawszę będę dziwna. To decyduje o moim losie.
Ale w głębi przecież wiem, że aż tak dziwna nie jestem, bo przecież każdy ma jakąś taką swoją patologię, którą pielęgnuje, strzeże, kocha i nie opuści jej aż do śmierci. Więc nie jestem znów taka dziwna. Jestem normalnym szarym skrawkiem papieru toaletowego w tym wielkim świecie pełnym sprzeczności, paradoksu, groteski, absurdu, plastiku, głupoty, zaniku wszelkich wartości i płynącej z tych powodów nieobliczalności.

Tak moja koleżanka uważa, że wszyscy jej zazdroszczą. To też jest dla niej odpowiedzią na pytania na początku postu.
Inna koleżanka uważa, że tą odpowiedzią jest jej oryginalność.
Kolega myśli, że to ludzie są dziwni, że są na każdym kroku i wszytko to ich sprawka.

Jestem pewna, że każdy znajdzie w sobie takie coś.  Nie ma innej opcji.
Co prawda to nam trochę pomaga. Daje poczucie zrozumienia świata. Ale świta nie da się ogarnąć. Daje poczucie odnalezienia siebie i zdefiniowania go. Ale przecież i tak nikt z nas nie zna siebie tak do końca i nie wie, co w nim siedzi gdzieś w głębi. Pomaga ocenić zamiary innych. Ale czy przy sprowadzaniu wszystkiego do jednego tematu można być konkretnym i nieomylnym. Przecież to całkowicie nie obiektywne.
Dla uchów.

sobota, 26 listopada 2011

sorciax

Przepraszam, że nie pisałam przez ten tydzień, ale obiecałam sobie, że ten czas pozostawię wolny od wszelkiego rodzaju wciągających zajęć i zajmę się jakże żmudną nauką na konkurs geograficzny.
Swoja drogą, do dnia dzisiejszego, uważałam, że to, że w zeszłym roku zostałam finalistką oraz, że tego roku zakwalifikowałam się do drugiego etapy tegoż konkursy było zwykłym, dającym błędne przekonania o moim życiowym przeznaczeniu, fartem. Tak. Tak myślałam. Dzisiaj jestem tego pewna.
Może to tak miało być. Booo teraz, patrząc na moja naukę z perspektywy czasu oraz pytań na konkursie, zauważam, że nie mogłam się skoncentrować ucząc się właśnie tych zagadnień, które się na olimpiadzie pojawiły, przykładałam do nich najmniejszą uwagę, tłumacząc się różnymi rzeczami. Fakt faktem, materiał miałam cały przerobiony, ale ten najmniej.
Także pozostawiam wszelkie nadzieje na laureata z geografii w tyle za sobą i zlewam ją całkowicie. Tak wiem. Jestem obecnie klasycznym przypadkiem kompleksów pokonkursowych. Ale cóż.

Poza tym, wynurza się przede mną nowa możliwość na uniknięcie tych nieszczęsnych egzaminów. Konkretnie jest to drugi konkurs, z przedmiotu, do którego nigdy nie przywiązywałam tak dużej uwagi jak do geografii. Mianowicie matematyka. Wczoraj pisałam olimpiadę z matematyki. Również drugi etap. Było to dla mnie zaskoczenie, że się dostałam, chociaż byłam świadoma, że jestem w tym temacie dość oblatana. Co dziwniejsze, pierwszy etap napisałam z największą ilością punktów w całej szkole. Najlepszej publicznej szkole w mieście. Nie żebym się chwaliła...
Ale kompletnie się nie przygotowywałam na drugi etap. Nic. Nun. Zero. Nothing. Nunca! A poszedł mi, tak mi się wydaje, znakomicie... (?)

A więc stwierdzam: Co ma być to będzie. Mama miała racje. :))



dla uchów.

środa, 16 listopada 2011

Kopciuszek - magia się zawiesiła....

 Pewnego dnia, kiedy już się ściemniało. Może lepiej powiedzieć - pewnego wieczoru. Siedziała samotnie w barze sączac flegmatycznie gin z tonikiem. Myślała nad sensem życia. Była tak zamyślona, że największe sgnały z rzeczywistości nie docierały do jej nerwów słuchowych, wzrokowych, a nawet czuciowych. Po barze plątała się masa zakudłaczonych, pijanych 'prawdziwych artystów, którzy poubili się w życiu'. Ich mądrości życiowe były wyraźnie słyszane z końca sali dla palących aż do baru, gdzie siedziała ONA. Była ubrana w zwiewną sukienkę, błyszczące 15centymetrowe zgrabne szpileczki i zimowy płaszcz. Wyglądała jak Kopciuszek, który wybiegł z balu, ale niestety nie zmienił się spowrotem w jego codzienną wersję. Została ta, eleggancka, pełna gracji, mogłoby się wydawac nienaturalna dla owej istotki maska. Siedziała cicho. Nie odpowiadała na aroganckie zaczepki tamtejszych geniuszy podrywu. Wyglądała jak nieżywa. Blada twarz. Ciemne perfekcyjnie ułożone pofalowane włosy jednocześnie wyglądały naturlnie. Brak jakichkolwiek reakcji, ruchów, nawet rumieńca na twarzy. Wyglądała jakby kompletnie straciła kontakt z rzeczywistością. Żyła w innym wymiarze. Koncentrowała się. Tęskniła. Pragnęła. Napiła się łyk drinka i znów tęskniła. W tym momencie do paru wpadł męszczyzna i głośno krzykną 'Maryśka!' Odwróciła się gwałtownie, w jej oczach zapaliły się iskierki nadziei, w jednej sekundzie cał jej organizm wypełnił się nieokrzesaną radością. I wtedy owy mężczyzna dokończył 'zarzuć dwa piwa!', a kelnerka lekcewarzącą kiwnęła głową. I wtedy całe podniecenie opadło. Łzy napłynęły do oczu. Serce pękło z przegrzania ponadlimitową liczbą uderzeń na minutę. Odsunęła zamaszystym ruchem szklankę z drinkiem. Ppodwinęła sukienkę. I łamiąc nogi, potykając się o krzesła barowe, wybiegła na zewnątrz szturchając owego mężczynę i gorzko płacząc, zniknęła w ciemnościach zimowej ulicy.

Dlaczego?

wtorek, 15 listopada 2011

Zmiana na inne.

Zacznę tak:
Wszystko.
Całkowicie wszystko się zmienia.
Wszechświat się rozszerza. Galaktyki, ich zbiory i superzbiory się obracają. Podobnie układy. Słońce się wypala. Na naszej planiecie przesuwają się płyty tektoniczne. Powstają nowe góry. Rowy oceaniczne. Ziemia trzęsie się ok 10 000 razy w roku. Wybuchają wulkany. Powodzie, katastrofy techniczne nękają ludzi. Ludzie umierają. Rodzią się nowi. Podobnie u zwierząt. Świnie idą na ubój. Gołębie są odstrzeliwane. Funkcjonuje cały łańcuch pokarmowy.  Rośliny rosną. Łamią się. Zostają zagłuszone lub osiągają ogromne rozmiary. Najmniejsze bakterie, wirysy i protisty za pewne także przędą ciekawe życie towarzyskie. Od czasu do czasu się rozmnożą, zahibernują, wkradną do innego organizmu i zrobią tam zamieszanie tego żędu, iż bez dr Housa, marny los czeka. W końcu każda najmniejsza czastka wszech świata przeżywa okres połowicznego rozpadu. Czyli też się ciągle zmienia!
W tym szalonym kołowrotku zmian, życia, wrzawy i zamieszania nie możemy zostac jedynym szczegółem, który stoi w miejscu.
Oczywiście my także się zmeniamy. Innej opcji nie ma. Co prawda, każdy z nas jest świadomy, że rośniemy, na wysokość, szerokść. Rosną włosy, paznokcie, zęby, niektórym rogi. Ale zmieniamy się także wewnętrznie. Każdy obraca się w jakimś środowisku. Czściej lub rzadziej zmienia towarzystwo. Docierają do nas wszechobecne mass media. Dojżewamy i uczymy się przez całe życie. To wszystko nas nieustannie kształtuje. Więc głupotą, nieuświadomieniem, brakiem logiczności i jakiej kolwiek obecności rozumu w naszym ciele jest zaskoczenie przemianą drugiej osoby. Jest to wręcz tępe.  
Więc skoro zmiany są tak nieuniknione i oczywiste co należy robić gdy je zastaniemy? odowiedź jest. moim zdaniem. banalnie prosta. Przyjąć je z rozwagą i odwagą. Tak. To jest jedyne rozsadne wyjście. Jedyne poprawne. Nie ma co się użalać. Co się stało już się nie odstanie. Nie ma co się wzbraniać. Puk.Puk. Tutaj rzeczywistość. Nie ma co się starać zmieniać zmian. Ssssię nie da! Trzeba je zakceptować i mieć nadzieje, że są dobre.

To prawda, że zmiana często jest bolesna. Rutyna też. Co wolisz? Mnie rutyna przyprawia o mdłości. Ja już wolę złe zmiany. Zawsze jakieś urozmaicenie.... A nóż będzie lepiej?


Nuteczka

poniedziałek, 14 listopada 2011

W dupach się wam poprzewracało od tego całego zjebanego pesymizmu!!!!

Przepraszam za mocne słowa na wejście, ale cóż taka prawda...

Ej. ludzie, zrozumcie, że wszystko co robicie ma jakieś odbicie na innych. Wszystko. Nawet to, że będziesz siedział(a) z łazience szkolnej od 13:15 od 13:18. Bo możesz nie usłyszeć jakiejś plotki,  nie podać jej dalej i uratować komuś dupę. Albo możesz coś w tej łazience usłyszeć. I wtedy też możesz tą wiadomością uratować komuś dupę. Powiesz koleżance, ze en chłopak jest taki i taki, ona się już wtedy nie zakocha, on jej nie zostawi, ona nie popadnie w depresję i teraz też ratujesz jej dupę. Ty sobie teraz nie wyobrażasz innego przebiegu wydarzeń, ale mogłaś(eś) całkowicie zmienić rzeczywistość. Bardzo dużo rzecz zależy od nas samych, więc proszę mi tu nie pierdolić, że życie jest bez sensu!!!Każdy najmniejszy czyn może coś zmienić i to jest Twoja zasługa.Jakby Ciebie nie było, wszystko mogło by być inne. Tak. I tu Twoje życie nabiera całkowitego koloru, znaczenia i sensu!!! 
Ogólni uważam, że te wszystkie teksy typu: 'Życie jest jak papier toaletowy!', 'nie rozmiem tego świata!'; 'Życie jest bez sensu!'; 'Whatever!' i tak dalej i tak dalej t sterta bzdur!! Tylko i wyłącznie. Nieszczęsliwy jest człowiek, który nie wie ja życie jest piękne, który nie potrafi się cieszyć chwilą, który za dużo wymaga od świata, który nie wie, że jest potrzebny, że komuś na nim zależy, że jet kochany, doceniany, szanowany.
Wielu ludzi ma fanów wśród znajomych, na pewno ktoś usłyszał kiedyś od znajomego: 'ej, uwielbiam Cię1'; 'Kocham Cię normalnie', 'Uwielbiam te Twoje rozkminy' albo 'Babka co szalona', czy 'Facet co niezły';
Nie wiem, czy wiecie, ale to jest okaz uznania, podziwu. A jak ktoś Cię podziwia, to nie tylko przy Tobie, w innym towarzystwie też. Znam jedna b. niedowartościowaną dziewczynę, rzadko słyszy komplementy, ale a osobności nikt o niej złego słowa nie powie, wręcz przeciwnie, że podziwia ją  za jej artystyczną duszę, za dojżałość, za zrównoważenie, za oryginalność, za pasję, za urodę, za głos, za umiejętności, za asertywność, za zdrowy rozsadek... A te tylko ja słyszałam. A nie znamy się tak, żebym gadała z wszystkimy jej znajomymi, że znajomi XYZ to też moi itd, itd... Chcę przez to powiedzieć, że nie każdy kto czuje się niedoceniany faktycznie taki jest.
 Gówno prawda.
 Każdy z nas ma jakiegoś fana. Mi na przykład powiedział to ostatnio brat koleżanki. Rozmawiałam z nią, a że nam się b. dobrze to w rozmowie pozwalamy sobie na różne dziwne wypowiedzi... Całkowita szczerść, luz swoboda, i zrozumienie. Jednej takiej rozmowie przysłuchiwał się młodszy brat kolezanki. Kied palnęłam tekst, który nam wydawał się całkiem normalny, chłopak powiedział, że jest moim fanem, za te wszystkie teksty. Powiem, że bardzo miło mi się zrobiło, a nie wpadłabym na to, że ten chłopczyk może mnie podziwiać za moją osobowość.
 Teraz każdy kto kiedykolwiek narzekał, że jego życie jest tylko pasmem nieszczęść i rozczarowań, proszę wystąp i 100 pompek, 300 batów i znów 100 pompek za każdy taki tekst!! Tak. Wiem. Idę na pierwszy ogień. Ok. Żałuję za grzechy. Przyjmuję karę.

Życie jest piękne, jasne??!!


Nuteczka

niedziela, 13 listopada 2011

Na początek o mnie. :)))

:))))
Lubię emotikonki. Ale nie chce mi się ich pisać. Chociaż różnie to bywa. Czasem piszę, czasem nie. Nie ważne.

Ale do rzeczy. Jaka jestem. Jestem sobą. Po prostu. Mało ambitna wypowiedź. Wiem. Ale trafna. Moja osobowość się wciąż kształtuje. Zmieniam style. Podobno to dobrze. Szukać. Cały czas szukam. Ciągle coś gubię. Ale budzi się we mnie pedant. Ale nie lubię sprzątać. Jestem leniwa. Ale jak mam na coś ambicje to się przyłożę i to osiągnę. Tak. Mówią, że jestem zdolna. Ja wymagam od siebie więcej. nie mogłabym żyć bez chęci samodoskonalenia. Nie osiądę na laurach. Nie odpocznę. Staram się wykorzystywać każdą chwilę. Wiem, że to nie możliwe, że czasem trzeba odpoczywać. Ciało się męczy. Odpocznie po śmierci. Mój duch się nie męczy. Fakt. Czasem ma lekkie zakwasy lub bule żołądka, ale ale dalej jest pełen werwy. Jestem z niego dumna. A. I jeszcze jedna ważna sprawa. Jestem katoliczką. Przyznaję się do tego. Myślę, że to to w dużej mierze mnie napędza, więc nie przestanę wierzyć. Chodźby dlatego.


Jeszcze może mała kwestia. Co ukształtowało 'mnie'.  Obserwuję, że to ma największy wpływ na postać osoby. Wiec opowiem. Tak. Zaczynam zdanie od 'więc'. Nie przestanę.
No to tak. Kiedy byłam taka tycia tycia. Na osiedlu nie było żadnych dziewczyn. Byli tylko starsi koledzy. A z kimś się bawić trzeba. Więc były chłopięce zabawy. Budowanie baz w krzakach. Domków na drzewach. Niezmierzona chęć poznania okolicy. Każdego zakątka pobliskiego lasu, bagien, pól, sadów, wszystkiego co dookoła. A mieszkałam na skraju osiedla. Dalej tylko wioska.Włóczenie się po starych chatach. Po budowach też.  Świat jest taki nieodkryty. siedzenie godzinami pod sklepem z oranżadą za 50gr. granie w halówkę, w dupę, w dziada, w syfa. Do tej pory leżą na strych stare, do tej pory nie użyte lalki bejbiborn. Nienawidziła ich. Po co oni wszyscy mi je kupowali?! Wózek dla lalek przydał się do wożenia desek do budowy bazy, ale te różowe kołderki, nocniczki i wanienki dla lalek. koleżanki mi ich zazdrościły. Ale czego? Nie rozumiałam. Dalej nie rozumiem. Wszystko spoczywa po stertą gratów na strychu. A właśnie. Strych. Najbardziej tajemnicze miejsce. Do tj pory nieprzemierzone sterty złomu, kabli, pudeł, ciuchów, sprzętu elektronicznego, książek, i znów pudeł. Uwielbiałam. Wrrrróć. Uwielbialiśmy siedzieć tam i szukać skarbów, jak piraci w morzu starego kurzu. tyle rzeczy całkowicie nieużytecznych znalazło swoje zastosowanie. Teraz dość duża część tej kreatywności ulotniła się z mojego organizmu. Głównie za sprawą gimnazjum, nieudolnych przyjaźni, facebooka, disneychannel, bezsensownych światopoglądów, zapatrzenia w plastikowe laleczki, które za młodości bawiły się wyłącznie lalkami bejbiborn i rozmawiały wyłącznie o nich, za sprawą ideologi i subkultur, w które popadałam( i pewnie jeszcze popadnę) bez opamiętania, za sprawą braku logicznego myślenia, i ogólnie myślenia, dzięki temu wszystkiemu moja kreatywność odeszła w kanały wraz z ciepłym moczem. Ale będę o nią walczyć. W sumie to w życiu nie mam żadnej pasji. Jak mam to zazwyczaj dość szybko przemija. Tańczyłam tańce towarzyskie, nowoczesne, breakdance, streetdance, jazz, akrobatykę artystyczną, była też jazda konna, woltyżerka, basen, karate, siatkówka, koszykówka, chór szkolny. Obecnie gram na gitarze, działam w przykościelnej grupie oazowej, (a w telefonie mam same obrazki z anarchią, uruchomiłam stary telefon), gram też w teatrze, ale to tak amatorsko...
Ogólnie to tata mi już każe iść spać. Posłucham się. Staram się być grzeczna. Na wakacjach się nacierpieli. W końcu potrafiłam wyjść z domu i wrócić na drugi dzień. Bez słowa. Ale teraz jest rzeczywistość. Szkoła. Konkursy. Wstępy. Koncerty, I można tak wymieniać.... Ale cóż. Chyba przybliżyłam moją postać dość szczegółowo.

To tak na koniec jeszcze powiem, że mam 15 lat, jestem nieogarnięta i życzę wszystkim miłego poniedziałku.
Na przekór. Lubię poniedziałki.