Dzisiejszy dzień był inny. Bez gwaru szkolnego korytarza. Bez ludzi, których muszę znosić, mimo że gdybyśmy mogli wyemigrowalibyśmy na inne planety lub nawet galaktyki. Bez sprawdzianowo-kartkówkowego stresu. Bez żadnego stresu. Był to dzień wyspany. Dzień z muzyką. Z gitarą. Dzień odnowienia cenny znajomości. Dzień wspomnień.
Wybrałam się w podróż. Nie była to podróż w nieznane. Nic z tych rzeczy. Była to podróż szlakiem mojego nieprzeciętnego a zarazem bardzo przeciętnego dziecięcego szczęścia.
Wracałam do domu. Było mi zimno, niewygodnie, głodnie i koniecznie musiałam skorzystać z ubikacji. Ale nie wracałam tą drogą co zawsze. Za sprawą dawnego przyjaciela poszłam całkiem okrężną i dawnonieuczęszczaną trasą.
Widać moje guru ma rację. Chodzenie innymi drogami pobudza kreatywność. Bo nagle ogarnęła mnie niepohamowana chęć pójścia jeszcze dalej. Do najbardziej tajemniczego i niezbadanego miejsca, w którym moja dziecięca wyobraźnia umieszczała najrozmaitsze sceny z piekła rodem.
Nazywaliśmy to miejsce 'bagna'.
W rzeczywistości jest to mała dolinka porośnięta drzewami przez co zawsze gromadziło się tam mnóstwo wody. Ale wtedy było to wielki las. Las tak wielki, że nikt nie wiedział do końca gdzie się kończy i czy w ogóle się kończy. Podobno za lasem była już następna miejscowość. Nikt wtedy nie wiedział, ze to zaledwie 200m. Bagna były tak niebezpiecznym miejscem, że tylko najwięksi śmiałkowie zapuszczali się w te okolice. W końcu rodzice przestrzegali nas o dzikich zwierzętach żyjących na tych mokradłach. I to była prawda. Nie raz widziałam tam bażanty, kuropatwy, sarny, zające i inne niesklasyfikowane obiekty chadzające między drzewami. Również dziś.
Podczas mojego spaceru moje ukochane conversy brodziły w błocie. Mimo że nigdzie indziej ono dzisiaj nie występuje bagna zawsze są nim pokryte. od samego początku.
Zza lasu wyłaniało się niebo. Przystąpiłam do szybkiej kalkulacji kolorów, które występują na sklepieniu. Dlaczego już mam tego nie robić? Że niby już dorosłam tak? gówno prawda. Nie potrafię przyjąć do siebie tego, że już nic nie będzie takie samo. Kolejna hipokryzja. Ale kolory... Cóż... Przy trzydziestu się zgubiłam... Korony drzew drgały na wietrze, ptaki śpiewały piosenki o wakacjach, ziemia pokryta była wodą i kaczeńcami tak, że żółć raziła po oczach. było też jezioro. Tak tajemnicze i niezbadane jak zawsze. Słychać było krzyk dzieci. Radosny krzyk. ostrzegały się nawzajem. Idź po korzeniach! Bo się utopisz! rzucały styropian na wodę, żeby dryfować w głąb jeziora, ale zaraz potem wracały. Była też dziewczynka w warkoczach. w rękach trzymała lornetkę. Próbowała wypatrzeć sarny. Takie jak te z 'bambie'. wtedy przybiegł rudy chłopczyk z workiem butelek. Dzieci zebrały się razem i poszły nad oczko. Tam stało duże drzewo. Ale to byłoby za proste. Usiąść pod drzewem? nie. Przecież trzypiętrowy luksusowy domek na drzewie tylko czeka, żeby go odwiedzić. Dzieci rozgościły się w środku. po kolei otwierały butelki na gwoździu wbitym w drzewo i z rozkoszą popijały oranżadę.
Były szczęśliwe. Śpiewały piosenki i snuły marzenia o karierze zespołu rockowego. Piękne.
Przeszłam bokiem, żeby im nie przeszkadzać. spojrzałam tylko jeszcze na palenisko. kawałek bagien zasypany piaskiem z piaskownicy, ogrodzony kamieniami, wyłożony patykami i gazetami. Palił się jasnym ogniem wiecznej przyjaźni.
-Patrz Mietek. Jakaś panna w kapeluszu łazi sama po mokradłach. I śpiewa. Weź chodź szybko. Ona coś do kogoś mówi. Stoi koło tego dużego drzewa i coś gada. Może do tej stery starych butelek po oranżadzie, opakowaniach po żelkach, czipsach i innym syfie? hahaha. Do zapruchniałych belek i starej kanapy? hahaha
-Ty, a to nie jest ta smarkula, co oni tu kiedyś domek na drzewie mieli??
-Weź mi nie mów o tych dzieciach! Nareszcie nikt tu nie chodzi i można posiedzieć spokojnie w ogródku.
Dzieci?! My nie byliśmy dziećmi. Wracaliśmy do domu po ciemku! Ryzykowaliśmy życie dla naszego wspólnego dobra. Naszej bazy. Nie było telefonów i fejsa i wszyscy zawsze byli tam. Zawsze była butelka oranżady i opakowanie czipsów. butelki i opakowania dalej tam są. Ale to był nasz dom. Tam miało początek wszystko. Szkoda tylko, że mimo że to miejsce ma taki oddźwięk w mojej psychice, przyjaciele rozprysnęli się po portalach społecznościowych i mimo że wszyscy są wciąż dostępni, nie możemy z sobą porozmawiać tak jak kiedyś.
Dzieci, które się tam bawiły mogły. Rozmawiałam z nimi. Podobno wszystko ma jeszcze być dobrze.
Dla uchów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz