Chłopcy są dziwni. Chłopcy są nie z tego świata. Chłopcy są całkiem inni od nas. Nie da się z nimi porozumieć. Tak właśnie myślała mała Zosia, huśtając się na huśtawce.
Mijały lata i chłopcy zaczęli odgrywać coraz większą rolę w życiu Zosi. Dalej byli obcy.
Ale
Ale zawsze jest taki jeden, z którym porozumiewanie się jest wielką łatwością i wielką przyjemnością. Tak, dalej jest inny. Dalej jest dziwny. I tak. Jest jak nie z tego świata. I rodzi się uczucie. Nie ważne, czy jest to miłość, przyjaźń, czy ojcostwo. Ważne, że jest.
Zawsze strzegłam się miłości. Strzegłam się nawet myślenia o niej. A jak o niej nie myślałam, to skąd mam wiedzieć, czy to to? Czy mi się znów coś uroiło?
Boję się miłości. Rzadko się czegoś boję. A to sprawia, że boję się jeszcze bardziej. Bo nie wiem. Bo nie myślałam. Więc co mam robić, jeśli to miłość. Przyjaciel powiedział: 'rób to co do tej pory. Idź na spontana. Jak zawsze. wtedy będziesz sobą. A kto zawsze powtarza, że człowiek jest szczęśliwy, tylko wtedy, kiedy jest sobą?'
No tak. Ja to mówię. Ale co? Miłość jest poważną sprawą. Bo jej nie znam. Czy idąc ku miłości spontanicznie, nie powiem czegoś głupiego nie nie zniszczę tego, tak ponoć delikatnego uczucia?
Muszę porozmawiać z kimś, kto na sprawę spojrzy obiektywnie.
W tym momencie zamknęłam laptopa i wybiegłam z domu, pędząc ku autobusowi, który miał się pojawić na moim przystanku za niespełna 10 min.
Ale cały wieczór myślałam z kim mogę o tym porozmawiać. Nie dawało mi to spokoju. Aż do pewnego momentu. Kiedy koło Costy spotkałam człowieka, który odegrał w moim życiu tak ważną rolę, tyle mnie nauczył i można powiedzieć, że mnie ukształtował, bo dzięki niemu znalazłam siebie. Już wiem wszystko. Dziękuję.
sobota, 21 stycznia 2012
czwartek, 19 stycznia 2012
norma.
Było już ciemno. Jedynie światła miasta raziły po oczach i dawały znać, że to jeszcze nie mój dom, nie mój pokój, nie moje łóżko - nie ta wieś.
Jechałam sobie autobusem. Tak normalnie. Jak co tydzień wracam z zajęć.
Jechałam ze stoickim spokojem. Tak spokojnym spokojem, że zapewne wyglądałam jak nieżywa. Albo nie było mnie widać.
Jechaliśmy. Ja i mój brzuch. Boleliśmy.
Ja bolę głębokim ciosem świeżo naostrzonego bagnetu prosto w brzuch kolejnego człowieka, który chciał być miły. Mój brzuch boli niewypowiedzianym bólem comiesięcznych katuszy i 'prawieśmierci'. W tym momencie żałowałam ,ze mam serce zdrowe jak dzwon i nie mogę sobie tak po prostu zemdleć.
Autobus nie był, o dziwo, zbytnio zaludniony. Żądlił w oczy nietypowym widokiem pustki. Jechał poboczem, jak na autobus przystało. A pobocze, jak na Rzeszów przystało, łatane było dziurami w dziurach, które po parumiesięcznym wygładzaniu przez TIRy i samochody dostawcze łatano kolejną partią dziur. Cały autobus skakał tak bardzo, że przerażone kasowniki z ludzkimi twarzami w obawie, że to ich ostatni rejs, kasowały zagęszczone powietrze, aby jak najlepiej wypełnić swoje życiowe powołanie.
Dobrze, że autobus być pusty. Mogłam się spokojnie położyć na czterech siedzeniach z tyłu powozu i relaksować się darmowym masażem, fundowanym przez ukochane MPK. Głowę wtuliłam w skejterski kaptur i krwistoczerwony komin. Patrzyłam przed siebie.
Ludzie wsiadali do autobusu, wysiadali. Dziewczynka a czarnymi włosami, skręconymi jak sprężynki w zegarze dziadka. Babeczki w barwnych chustach, wyglądające jak matrioszki z petersburskiego targu. Uroczy mężczyzna z gęstą czarną brodą i głębią w oczach i jego pomarańczowo-białą dziewczyna, której oczu nie było widać zza cienia tanich sztucznych rzęs. Ale było cicho. Cały autobus ogarniała melancholia.
W pewnym momencie poczułam kłucie w klatce piersiowej. Przejęta dzisiejszą lekcją edukacji dla bezpieczeństwa prawie dostałam zawału, myśląc, że to zawał. Ale nie zgadłam. Był to kierowca z informacją, że już koniec kursu. 'Jak nie masz, gdzie spać, mogę Cię przenocować...'
Cóż. Byłam na Zalesiu.
Szczerze mówiąc, nie bardzo mnie to wzruszyło. Nie pierwszy raz jechałam tam wbrew własnej woli.
A może właśnie chciałam tam pojechać?
Za każdym razem wracam tak samo. Jadę 18 lub 19 i na sikorskiego przesiadam się w 37 lub 44.
Nuda. Rutyna. To mnie zabija.
Prawie tak jak mój brzuch.
Nie pójdę dzisiaj na sanki.
sobota, 14 stycznia 2012
tonę.
Był sobie pewien pan X. wiem, że to nie jest zbyt ambitna nazwa, ale czego można oczekiwać, kiedy życie wypełniają równania kwadratowe? Więc owy pan X nigdy nie widział morza. Nie wiedział, że coś takiego istnieje. Pewnego wieczoru trafił na plażę. I pyta się człowieka, który wyglądał na dość zorientowanego.
-Co to jest?
-To morze. To Twoje życie. Najciekawsze jest tam. Gdzie daleko i głęboko. Połóż się na plecach, zamknij oczy i dryfuj. Jak gdyby nigdy nic. jakby nic poza tym nie istniało.
I tak p. X zrobił. wszedł do wody, pochwycił równowagę, popatrzył w niebo i zamknął oczy. I dryfował. W tej euforii i poczuciu jedności z żywiołem zatracił się. Popłynął tam, gdzie nie widać ani dna, ani brzegu. I już nie ma nikogo dookoła. Ale jest morze. Tak wspaniałe. Tak łatwe do okiełznania. I w tym zachwyceniu i ekstazie nie zauważył fali, która przypłynęła w sumie z nikąd. Zszedł pod poziom wody. Tam również było przyjemnie. Ale. Brakowało tam powietrza. I to już nie było miłe. Trzeba było wyjść na powierzchnię. Ale pan X nie umiał. Nigdy nie widział morza. Jak miał umieć się w nim poruszać. Schodził coraz niżej i niżej. I zobaczył dno. Przypomniał sobie słowa przyjaciela: 'Żeby wznieść się na powierzchnię, trzeba odbić się od dna.' Więc pan X starał się zejść jak najniżej. Zbadać przy okazji każdy zakamarek tej intrygującej otchłani. Ale nie dopłynął do dna. Stracił przytomność parę centymetrów przed nim.
**********************************************************************************
Bo, żeby poradzić sobie na głębi, musimy najpierw nauczyć się pływać na mieliźnie. Może jest wspaniałe, miłe i gościnne, ale tylko na powierzchni. I musimy umieć się na niej utrzymać.
Jest jeszcze jedna możliwość. Nie wypływajmy sami.
**********************************************************************************
Motyla noga. Wyszła taka przypowieść :P haha. Nie celowo :)
Dziękuję za dzisiejszy dzień. Wszystkim.Ale w glanach pójdę nawet do ślubu. :D
-Co to jest?
-To morze. To Twoje życie. Najciekawsze jest tam. Gdzie daleko i głęboko. Połóż się na plecach, zamknij oczy i dryfuj. Jak gdyby nigdy nic. jakby nic poza tym nie istniało.
I tak p. X zrobił. wszedł do wody, pochwycił równowagę, popatrzył w niebo i zamknął oczy. I dryfował. W tej euforii i poczuciu jedności z żywiołem zatracił się. Popłynął tam, gdzie nie widać ani dna, ani brzegu. I już nie ma nikogo dookoła. Ale jest morze. Tak wspaniałe. Tak łatwe do okiełznania. I w tym zachwyceniu i ekstazie nie zauważył fali, która przypłynęła w sumie z nikąd. Zszedł pod poziom wody. Tam również było przyjemnie. Ale. Brakowało tam powietrza. I to już nie było miłe. Trzeba było wyjść na powierzchnię. Ale pan X nie umiał. Nigdy nie widział morza. Jak miał umieć się w nim poruszać. Schodził coraz niżej i niżej. I zobaczył dno. Przypomniał sobie słowa przyjaciela: 'Żeby wznieść się na powierzchnię, trzeba odbić się od dna.' Więc pan X starał się zejść jak najniżej. Zbadać przy okazji każdy zakamarek tej intrygującej otchłani. Ale nie dopłynął do dna. Stracił przytomność parę centymetrów przed nim.
**********************************************************************************
Bo, żeby poradzić sobie na głębi, musimy najpierw nauczyć się pływać na mieliźnie. Może jest wspaniałe, miłe i gościnne, ale tylko na powierzchni. I musimy umieć się na niej utrzymać.
Jest jeszcze jedna możliwość. Nie wypływajmy sami.
**********************************************************************************
Motyla noga. Wyszła taka przypowieść :P haha. Nie celowo :)
Dziękuję za dzisiejszy dzień. Wszystkim.Ale w glanach pójdę nawet do ślubu. :D
czwartek, 5 stycznia 2012
kogut
Zakochałam się! Zakochałam się w Marcu Chagallu. Facet jest genialny.
Cała psychodela na jego obrazach, zapach paradoksu unoszący się w cały pomieszczeniu, czarna para młoda, zielony żyd, skrzypce, krowokoza i budząca grozę ciemna wieża Eiffla, a przede wszystkim kogut z pawim ogonem i nutką tajemniczości, jednocześnie wciągającą w inny wymiar. W wymiar marzeń sennych prawdziwego artysty. Człowieka o tak bujnej wyobraźni i tak sprawnej ręce, człowieka, który potrafi kilkoma plamami w ciemnych barwach, zaciągnąć nas do ciemnego zaułka, nie dać spokoju przez 25 godzin w ciągu doby i zmienić spojrzenie na świat. Szczególne uczucia budzą we mnie obrazy z motywem vanitas, których jestem wielką fanką. Ale mimo to obrazy Chagalla wyróżniają się niesamowitym przesłaniem, trafnością sytuacji a jednocześnie całkowitą abstrakcją.
Kogut mnie zabił, wyssał ze mnie soki życiowe i na dobre pół godziny wciągną do innej rzeczywistości.
Piękne.
Cała psychodela na jego obrazach, zapach paradoksu unoszący się w cały pomieszczeniu, czarna para młoda, zielony żyd, skrzypce, krowokoza i budząca grozę ciemna wieża Eiffla, a przede wszystkim kogut z pawim ogonem i nutką tajemniczości, jednocześnie wciągającą w inny wymiar. W wymiar marzeń sennych prawdziwego artysty. Człowieka o tak bujnej wyobraźni i tak sprawnej ręce, człowieka, który potrafi kilkoma plamami w ciemnych barwach, zaciągnąć nas do ciemnego zaułka, nie dać spokoju przez 25 godzin w ciągu doby i zmienić spojrzenie na świat. Szczególne uczucia budzą we mnie obrazy z motywem vanitas, których jestem wielką fanką. Ale mimo to obrazy Chagalla wyróżniają się niesamowitym przesłaniem, trafnością sytuacji a jednocześnie całkowitą abstrakcją.
Kogut mnie zabił, wyssał ze mnie soki życiowe i na dobre pół godziny wciągną do innej rzeczywistości.
Piękne.
środa, 4 stycznia 2012
sorciax no.
Czasem patrzę jak podczas przeprosin, osoba przepraszana czuję się nadzwyczaj wyjątkowa, dumna i wywyższona. I tego nie ogarniam. Dla mnie jest upokorzeniem, kiedy ktoś mnie przeprasza.
Przeprasza się zazwyczaj za konflikt, kłótnię, niezrozumienie. A przecież w każdej z tych kwestii wina rozkłada się po obu stronach.
Więc skoro obydwoje zawiniliśmy, a ktoś mnie przeprasza, to ma odwagą, potrafi przezwyciężyć własną dumę i się uniżyć, aby osiągnąć coś ważniejszego. Zgodę.
Czyli jest to osoba mądrzejsza, bo szybciej rozpoznała bezsensowność sprzeczek i odnalazła rzeczy wyżej położone w hierarchii wartości. Jest też mniej dumna, bo potrafiła przyznać, że nie miała racji.
I to ona jest tu bohaterem. Ona powinna zyskać na tych przeprosinach, a nie zostać obrzucona mięsem i wyzwiskami cioty roku, czy innego debila i łamagi.
A osoba, która się przeprosinami wywyższa najwyraźniej jeszcze do nich nie dojrzała.
Amen.
Przeprasza się zazwyczaj za konflikt, kłótnię, niezrozumienie. A przecież w każdej z tych kwestii wina rozkłada się po obu stronach.
Więc skoro obydwoje zawiniliśmy, a ktoś mnie przeprasza, to ma odwagą, potrafi przezwyciężyć własną dumę i się uniżyć, aby osiągnąć coś ważniejszego. Zgodę.
Czyli jest to osoba mądrzejsza, bo szybciej rozpoznała bezsensowność sprzeczek i odnalazła rzeczy wyżej położone w hierarchii wartości. Jest też mniej dumna, bo potrafiła przyznać, że nie miała racji.
I to ona jest tu bohaterem. Ona powinna zyskać na tych przeprosinach, a nie zostać obrzucona mięsem i wyzwiskami cioty roku, czy innego debila i łamagi.
A osoba, która się przeprosinami wywyższa najwyraźniej jeszcze do nich nie dojrzała.
Amen.
Subskrybuj:
Posty (Atom)