Było już ciemno. Jedynie światła miasta raziły po oczach i dawały znać, że to jeszcze nie mój dom, nie mój pokój, nie moje łóżko - nie ta wieś.
Jechałam sobie autobusem. Tak normalnie. Jak co tydzień wracam z zajęć.
Jechałam ze stoickim spokojem. Tak spokojnym spokojem, że zapewne wyglądałam jak nieżywa. Albo nie było mnie widać.
Jechaliśmy. Ja i mój brzuch. Boleliśmy.
Ja bolę głębokim ciosem świeżo naostrzonego bagnetu prosto w brzuch kolejnego człowieka, który chciał być miły. Mój brzuch boli niewypowiedzianym bólem comiesięcznych katuszy i 'prawieśmierci'. W tym momencie żałowałam ,ze mam serce zdrowe jak dzwon i nie mogę sobie tak po prostu zemdleć.
Autobus nie był, o dziwo, zbytnio zaludniony. Żądlił w oczy nietypowym widokiem pustki. Jechał poboczem, jak na autobus przystało. A pobocze, jak na Rzeszów przystało, łatane było dziurami w dziurach, które po parumiesięcznym wygładzaniu przez TIRy i samochody dostawcze łatano kolejną partią dziur. Cały autobus skakał tak bardzo, że przerażone kasowniki z ludzkimi twarzami w obawie, że to ich ostatni rejs, kasowały zagęszczone powietrze, aby jak najlepiej wypełnić swoje życiowe powołanie.
Dobrze, że autobus być pusty. Mogłam się spokojnie położyć na czterech siedzeniach z tyłu powozu i relaksować się darmowym masażem, fundowanym przez ukochane MPK. Głowę wtuliłam w skejterski kaptur i krwistoczerwony komin. Patrzyłam przed siebie.
Ludzie wsiadali do autobusu, wysiadali. Dziewczynka a czarnymi włosami, skręconymi jak sprężynki w zegarze dziadka. Babeczki w barwnych chustach, wyglądające jak matrioszki z petersburskiego targu. Uroczy mężczyzna z gęstą czarną brodą i głębią w oczach i jego pomarańczowo-białą dziewczyna, której oczu nie było widać zza cienia tanich sztucznych rzęs. Ale było cicho. Cały autobus ogarniała melancholia.
W pewnym momencie poczułam kłucie w klatce piersiowej. Przejęta dzisiejszą lekcją edukacji dla bezpieczeństwa prawie dostałam zawału, myśląc, że to zawał. Ale nie zgadłam. Był to kierowca z informacją, że już koniec kursu. 'Jak nie masz, gdzie spać, mogę Cię przenocować...'
Cóż. Byłam na Zalesiu.
Szczerze mówiąc, nie bardzo mnie to wzruszyło. Nie pierwszy raz jechałam tam wbrew własnej woli.
A może właśnie chciałam tam pojechać?
Za każdym razem wracam tak samo. Jadę 18 lub 19 i na sikorskiego przesiadam się w 37 lub 44.
Nuda. Rutyna. To mnie zabija.
Prawie tak jak mój brzuch.
Nie pójdę dzisiaj na sanki.
"Dobrze, że autobus być pusty."
OdpowiedzUsuńKali jeść. Kali pić. :D
I, kurde blade, składam Ci, kurde blade, hołd, kurde blade.
rutyna.. ta piekielna melancholia, która jest niczym trucizna. właśnie dlatego 'weronika postanawia umrzeć'
OdpowiedzUsuńtrzeba dostrzegać jednak w każdym dniu coś odmiennego, coś niezwykłego. nawet ta kropla kawy, która pobrudzi Ci bluzkę, nawet ten ptak, który przeleci Ci przez drogę. 'zawsze patrz na świat jakbyś widział go po raz pierwszy'