sobota, 26 listopada 2011

sorciax

Przepraszam, że nie pisałam przez ten tydzień, ale obiecałam sobie, że ten czas pozostawię wolny od wszelkiego rodzaju wciągających zajęć i zajmę się jakże żmudną nauką na konkurs geograficzny.
Swoja drogą, do dnia dzisiejszego, uważałam, że to, że w zeszłym roku zostałam finalistką oraz, że tego roku zakwalifikowałam się do drugiego etapy tegoż konkursy było zwykłym, dającym błędne przekonania o moim życiowym przeznaczeniu, fartem. Tak. Tak myślałam. Dzisiaj jestem tego pewna.
Może to tak miało być. Booo teraz, patrząc na moja naukę z perspektywy czasu oraz pytań na konkursie, zauważam, że nie mogłam się skoncentrować ucząc się właśnie tych zagadnień, które się na olimpiadzie pojawiły, przykładałam do nich najmniejszą uwagę, tłumacząc się różnymi rzeczami. Fakt faktem, materiał miałam cały przerobiony, ale ten najmniej.
Także pozostawiam wszelkie nadzieje na laureata z geografii w tyle za sobą i zlewam ją całkowicie. Tak wiem. Jestem obecnie klasycznym przypadkiem kompleksów pokonkursowych. Ale cóż.

Poza tym, wynurza się przede mną nowa możliwość na uniknięcie tych nieszczęsnych egzaminów. Konkretnie jest to drugi konkurs, z przedmiotu, do którego nigdy nie przywiązywałam tak dużej uwagi jak do geografii. Mianowicie matematyka. Wczoraj pisałam olimpiadę z matematyki. Również drugi etap. Było to dla mnie zaskoczenie, że się dostałam, chociaż byłam świadoma, że jestem w tym temacie dość oblatana. Co dziwniejsze, pierwszy etap napisałam z największą ilością punktów w całej szkole. Najlepszej publicznej szkole w mieście. Nie żebym się chwaliła...
Ale kompletnie się nie przygotowywałam na drugi etap. Nic. Nun. Zero. Nothing. Nunca! A poszedł mi, tak mi się wydaje, znakomicie... (?)

A więc stwierdzam: Co ma być to będzie. Mama miała racje. :))



dla uchów.

1 komentarz: