wtorek, 15 listopada 2011

Zmiana na inne.

Zacznę tak:
Wszystko.
Całkowicie wszystko się zmienia.
Wszechświat się rozszerza. Galaktyki, ich zbiory i superzbiory się obracają. Podobnie układy. Słońce się wypala. Na naszej planiecie przesuwają się płyty tektoniczne. Powstają nowe góry. Rowy oceaniczne. Ziemia trzęsie się ok 10 000 razy w roku. Wybuchają wulkany. Powodzie, katastrofy techniczne nękają ludzi. Ludzie umierają. Rodzią się nowi. Podobnie u zwierząt. Świnie idą na ubój. Gołębie są odstrzeliwane. Funkcjonuje cały łańcuch pokarmowy.  Rośliny rosną. Łamią się. Zostają zagłuszone lub osiągają ogromne rozmiary. Najmniejsze bakterie, wirysy i protisty za pewne także przędą ciekawe życie towarzyskie. Od czasu do czasu się rozmnożą, zahibernują, wkradną do innego organizmu i zrobią tam zamieszanie tego żędu, iż bez dr Housa, marny los czeka. W końcu każda najmniejsza czastka wszech świata przeżywa okres połowicznego rozpadu. Czyli też się ciągle zmienia!
W tym szalonym kołowrotku zmian, życia, wrzawy i zamieszania nie możemy zostac jedynym szczegółem, który stoi w miejscu.
Oczywiście my także się zmeniamy. Innej opcji nie ma. Co prawda, każdy z nas jest świadomy, że rośniemy, na wysokość, szerokść. Rosną włosy, paznokcie, zęby, niektórym rogi. Ale zmieniamy się także wewnętrznie. Każdy obraca się w jakimś środowisku. Czściej lub rzadziej zmienia towarzystwo. Docierają do nas wszechobecne mass media. Dojżewamy i uczymy się przez całe życie. To wszystko nas nieustannie kształtuje. Więc głupotą, nieuświadomieniem, brakiem logiczności i jakiej kolwiek obecności rozumu w naszym ciele jest zaskoczenie przemianą drugiej osoby. Jest to wręcz tępe.  
Więc skoro zmiany są tak nieuniknione i oczywiste co należy robić gdy je zastaniemy? odowiedź jest. moim zdaniem. banalnie prosta. Przyjąć je z rozwagą i odwagą. Tak. To jest jedyne rozsadne wyjście. Jedyne poprawne. Nie ma co się użalać. Co się stało już się nie odstanie. Nie ma co się wzbraniać. Puk.Puk. Tutaj rzeczywistość. Nie ma co się starać zmieniać zmian. Ssssię nie da! Trzeba je zakceptować i mieć nadzieje, że są dobre.

To prawda, że zmiana często jest bolesna. Rutyna też. Co wolisz? Mnie rutyna przyprawia o mdłości. Ja już wolę złe zmiany. Zawsze jakieś urozmaicenie.... A nóż będzie lepiej?


Nuteczka

5 komentarzy:

  1. A ja wolę rutynę. Słodkie życie bez zmartwień. Bez obaw.
    Jutro, pojutrze te same wzloty i upadki. Powolne dążenie do czegoś. Cele...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale, czy rutyna oznacza brak zmartwień? Proszę Cię, nie mów mi, że ludzie pędzący nudne życie nie mają zmartwień! Mają, a przygniecione ciężarem codzienności i właśnie rutyny stają się coraz bardziej nie do zniesienia...

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie, bo ciągłe zmiany to o wiele większe zmartwienia same w sobie. Już nie mówię o problemach, które pośrednio są z nimi związane.
    Rutyna to zbawienie i konieczność dzisiejszego świata. Jest tak jak rytm serca - skurcz - rozkurcz - skurcz - rozkurcz. Czasami tych sekwencji jest więcej, czasami mniej, ale zawsze podług tej samej logiki. A bez niej nasze życie nie jest tak wartościowe.
    Sama możesz się przekonać i jestem pewna, że po wstaniu rano bez zastanowienia wykonujesz ten sam ciąg czynności. A przynajmniej bardzo podobny.
    Znalazłam na internecie takie coś: "Niedawno zmarły kard. Adam Kozłowiecki w swojej wojennej autobiografii (pt. Ucisk i strapienie) opowiada o tragicznych wydarzeniach z przełomu 6 i 7 lipca 1940 r., które miały miejsce w obozie koncentracyjnym w Auschwitz. Ponieważ uciekł jeden z więźniów esesmani przeprowadzali “dochodzenie”, tj. biciem i znęcaniem się próbowali wymusić zeznania współwięźniów. Jedną z kar był wielogodzinny apel całego obozu, czyli stanie na baczność pod czujnym okiem strażników, którzy okrutnie karali każdy minimalny gest zmęczenia czy braku opanowania potrzeb fizjologicznych. Tę nieludzką torturę o. Adam zniósł uczestnicząc w wyobraźni w życiu jezuickiej wspólnoty. Stojąc całą noc i dzień na placu apelowym duchem był w Krakowie na ul. Kopernika 26. O 4.30 obudził się i wstał z łóżka, następnie po porannej toalecie poszedł na nawiedzenie Najświętszego Sakramentu do kaplicy, potem wrócił do pokoju i odprawił poranną medytację, następnie Msza św. (była wtedy niedziela) itd. Przywrócenie rytmu życia nawet w wyobraźni przyniosło mu ulgę i wytchnienie w cierpieniu."
    Więc nie mów mi, że lubisz zmiany. Wydaje ci się.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale kto tu mówi o tak drastycznych zmianach, zresztą nie piszę, o wprowadzaniu zmian w swoje życie, tylko zaakceptowaniu ich, gdyż są nieuniknione. Mała różnica a jak istotna. Przecież nie zaprzeczysz, że zmian da się ominąć, przemknąć obok niezauważenie i żyć dalej po staremu, jak już wszystko jest inne, tak się nie da, nie wrócisz, o tym mówię...

    OdpowiedzUsuń